komunikacjamed | e-blogi.pl
komunikacjamed
Zimowe szaleństwo. 2017-12-12

Grudzień to nie tylko czas świąt Bożego Narodzenia- pachnący piernikiem i choinką, rozbrzmiewający kolędą, wspólne przeżywanie pierwszej gwiazdki, oczekiwanie na Mikołaja oraz spotkanie przy stole. Jest też wielkie szaleństwo zakupowe. Niestety to także czas bardzo trudnych warunków atmosferycznych - wcześniej zapada zmrok, poruszanie po drogach wymaga większej ostrożności, a niska temperatura powietrza oraz niewłaściwa zabawa na śniegu czy lodzie może stanowić zagrożenie dla życia i zdrowia.


Chcąc więc uniknąć zimowych zagrożeń powinniśmy pamiętać o podstawowych zasadach bezpieczeństwa:
1. Do zjazdów na sankach czy nartach wybieramy górki, które są z dala od ulicy czy rzeki.
2. Jeżdżąc na nartach zawsze ubieramy kask.
3. Nie wchodzimy na zamarznięte jeziora, rzeki czy inne zbiorniki wody.
4. Nie rzucamy soplami czy bryłami lodu, a bawiąc się śnieżkami zachowujemy ostrożność.
5. Po zmroku nosimy odblaski, poruszamy się chodnikiem, a w ostateczności lewym poboczem drogi. Przez jezdnię przechodzimy wyłącznie w miejscach oznaczonych.
6. . Staramy się poruszać chodnikami odśnieżonymi, posypanymi. Przechodząc obok budynków uważamy na wiszące sople lodu.
7.  Nie zostawiamy portfela z pieniędzmi w otwartej torbie i na widoku, w sklepowym koszyku, na ladzie, przy kasie czy w innych miejscach, gdzie możemy stracić go z widoku.
8. Nie zostawiamy zakupów w samochodzie na widocznym miejscu, chowamy je w bagażniku.
9. Nie zostawiamy włączonego silnika i otwartych drzwi samochodu (np. podczas odśnieżania, zamykania bramy czy w innych sytuacjach).
10. Unikamy pobytu na ulicy czy spacerów po spożyciu alkoholu, zwłaszcza w dużej ilości. Nie można dopuścić do zaśnięcia na mrozie.


Bezpieczeństwo to najważniejsza sprawa każdego człowieka. Trzeba jednak wiedzieć, że zależy ono od każdego z nas. Muszą o tym pamiętać nie tylko dorośli, ale też i dzieci. 
Uważajcie na siebie!


Ten nasz słodki bałagan 2017-12-11

Wstaję rano, po trzech-czterech godzinach snu. Co widzę ? Bałagan. Widzę stolik do kawy, na którym jest wszystko oprócz filiżanki z kawą. Kuchnia wygląda jak mieszanina okruchów i zaschniętych sosów nieznanego pochodzenia, śmieci wysypują się ze śmietnika. Worek na śmieci zapomniał, że był założony na śmietnik i gdzieś w połowie zgubił się sprawiając, że wizja wyciągnięcia go i uporządkowania staje się obrzydliwa. DNO. W łazience mokre ręczniki leżą na ziemi, śmierdzą stęchlizną, gdzieniegdzie brudne pieluchy i sterta brudnych ubrań, deska nieopuszczona. W sypialni jedynym mankamentem jest niepościelone łóżko, bo ON tam nie przebywa. Zaczynam działać, wiruję po mieszkaniu, oczywiście wysyłam pięć wiadomości do NIEGO : "Czemu nie wyrzuciłeś śmieci ?", " To Twoje jedyne zadanie, no dobra drugie", "Masz wyrzucać śmieci i dawać Zosi żelazo wieczorem, bo ja nie potrafię podać jej tego żelaza", "******* !!" itd. itp. 


Worek wystawiam na balkon, jak zwykle, niech sąsiedzi podziwiają śmieciowe K1 i K2 z wczoraj i dzisiaj. Wszystkie naczynia zaczynam wkładać do zlewu, uff..robi się czyściej. Przecieram wszystkie blaty, kuchnia i salon coraz bardziej czyste. Zabieram się za kanapę, poduszki i narzuta przypominają barłóg, legowisko niedźwiedzia bądź bezdomnego. Układam wszystko w finezyjny sposób. Łazienka, biorę brudne pieluchy i wyrzucam do nowego worka na śmieci, przecieram lustro, widzę siebie...hybryda wampira i zombie. Układam kosmetyki, które ON potrącił, segreguję brudne ciuchy i już jest czysto. Pralka wstawiona, na podłodze nic nie ma oprócz dywaniku, który zawsze wytrzepię przy okazji. Klapę opuszczam. Wracam do kuchni, płuczę wszystkie naczynia, a ON oczywiście pije sypaną kawkę i dodatkowe płukanie mam jak w banku. Wyciągam naczynia ze zmywarki i wkładam nowe. Znowu przecieram zlew i blaty, już czysto ! Wstawiam zmywarkę i szybko przelatuję odkurzaczem podłogi. Jest czysto. W końcu wstawiam wodę aby zaparzyć małą czarną...myślę o śniadaniu, może pokroję warzywa i zrobię sałatkę ? Do tego podpiekę chleb ? 


Płacz, jęki, wycie. Zosia wstała, teraz wyglądając jak hybryda zombie i wampira zajmuję się dzieckiem, przewijam, karmię, przebieram, daję leki. Udaje mi się wsadzić ją do bujaka i mam 5-10min na ubranie się i uczesanie, czasem się podmaluję. Gdy jestem już ubrana przychodzi opiekunka a ja muszę wychodzić na zajęcia. Trwa to 40 min. Tak wygląda każdy mój poranek, wychodzę zła jak pies bez śniadania, czasem udaje mi się wypić kawę. To pieprzone Never ending story. Czuję się jak ten koń, tonący w bagnie. 


A jak wygląda JEGO poranek ? Wstaje, siada na tronie, robi kawkę, papierosek na balkonie, zajada sobie tościka i ogląda tvn24, ubiera się i na luzie wychodzi. Ma tyle samo czasu co ja. Czemu wy mężczyźni jesteście tak wyluzowanymi istotami, a my kobiety robimy aż nadto. Łapię się za głowę i mówię sobie po co to wszystko, przecież równie dobrze mogę ogarnąć mieszkanie popołudniu. Już wyjaśniam, opiekunka przecież przychodzi, nie może przecież zobaczyć naszego słodkiego bałaganu. Jak ona ma pracować ? ...... Właśnie o to chodzi, przejmuję się, niepotrzebnie. 


Postanowienie noworoczne ? Wyluzować, wziąć przykład z NIEGO i cieszyć się czasem wolnym. Nie przejmować się nikim, patrzeć na siebie. Zrozumieć, że mężczyźni dzielą się na pedantów i takich właśnie luzaków. Nie wyzywać GO i nie wyrzucać z domu, bo nie pozbył się śmieci. W końcu je wyrzuci...gdy góra będzie tak duża, że koty zaczną się po niej wspinać. Ale w końcu je wyrzuci ! Ale zaraz ? Jutro przecież nie przyjdzie opiekunka, a teściowa....hmmm...I po poranku, życzcie mi szczęścia ! Będę polerować szklanki i wycierać nieistniejący kurz ! Pozdrawiam


Tańcząc między barykadami. 2017-12-09

Ludzie uwielbiają postrzegać innych w monochromatyczny sposób. Jesteś zły lub dobry. Brzydki - ładny. Maminsynkiem - twardzielem. Matką Polką - kobietą sukcesu. Kujonem - leserem. Gdy ktoś najpierw zarywa noc na zabawie w klubie, a potem twierdzi, że najlepiej maluje mu się obrazy po zmroku, w ludzkich umysłach pojawia się pewien dysonans. Ma na półce płyty klasyków jazzowych, a specjalnie pojechał do Łodzi na koncert Macklemore’a. No to teraz już wszystko jasne… POZER! 


My sami natomiast, to zupełnie inny temat. Jesteśmy wszechstronnie uzdolnieni, posiadamy różnorodne zainteresowana i prowadzimy nad wyraz barwne życie. Po prostu – jesteśmy wyjątkowi! Ale czy na pewno? 



Dostosowujemy się do schematów, które obowiązują „takich jak my” i robimy to, czego otoczenie się po nas spodziewa . Nawet, jeśli uważamy się za buntowników łamiących wszystkie zasady, to tak naprawdę jedyne, co się zmienia to osoba ograniczająca naszą swobodę. Już nie inni dyktują nam warunki, lecz my sami zakuwamy się w okowy robienia „inaczej, niż od nas wymagają”. 


Potrzebowałam sporo czasu i paru pseudoprzyjaciół, żeby nauczyć się nie wstydzić moich gustów, zwykle umieszczonych po przeciwległych stronach barykady. Wreszcie mogę powiedzieć, że nie ciąży na mnie presja wybierania między nimi. Na regale biblia dla fanów Gwiezdnych wojen stoi dumnie obok Szekspira. W słuchawkach rozbrzmiewają na równi Motörhead, Years & Years, Leonard Cohen, Gorillaz i Juliette Gréco. Zaproszenie na jeden z filmów Quentina Tarantino ucieszy mnie tak samo, jak na seans czarno-białego nowofalowego filmu francuskiego (cała fabuła to rozmowa bohaterów palących papierosy, dziejąca się jedynie w dwóch scenografiach: sypialnianej lub ulicznej). Po zażartej walce stoczonej przy stole bilardowym lub w kręgielni, uraczę was wypiekanymi przeze mnie dziś rano babeczkami. W debacie: t-shirty czy koszule, wstrzymam się od głosu. Jedni powiedzą: „Schizofrenia.” Ja odpowiem: „Skoro tak twierdzicie… Ale dzięki temu poznałam wielu ludzi!” No i dzięki nałogowi tytoniowemu, bo najlepsze konwersacje to te przeprowadzone w 5 minut, za swoistą zasłoną dymną. Ale to temat-rzeka, którego wolałabym uniknąć, jako że, o dziwo, stoję na straży czystości duchowej tych bardzo nielicznych znajomych, którzy jeszcze nigdy nie sięgnęli po owo dzieło Szatana. 


Natomiast na wszelkie inne tematy dyskusyjne jestem otwarta! Możemy więc porozmawiać o ostatnim meczu Manchesteru United; odkrytym przez was awangardowym zespole; braku wychowania klientów supermarketów, którzy na widok tego, że zmierzasz do kasy z jedną puszką krojonych pomidorów, potrącają cię wypakowanym po brzegi wózkiem, byleby zdążyć przed tobą; o tym czy Salvador Dali zasługuje na miano wybitnego artysty; co myślę o teledysku do piosenki The giver Duke’a Dumonta; dlaczego mój kot jest aż tak wrednym skurwysynem (służę odpowiedzią: bo ja jestem jego właścicielką); o frustracji związanej z robotnikami naprawiającymi brodzik w waszym pokoju akademickim; ile dób przetrwałam bez snu, dzięki wsparciu kawy i ile razy zdążyłam w tym czasie przesłuchać Dzieci malarzy Natalii Przybysz- mojej nowej muzycznej obsesji. Tylko uwaga: poruszanie tematyki muzycznej wiąże się często z wysłuchiwaniem moich przydługich wywodów! Nie skończy się to na informacji, że "coś lubię", lecz po dogłębnym przeanalizowaniu zachrypniętego głosu artystki na tle brzmienia gitary i osobistego znaczenia, jakie mają dla mnie określone fragmenty tekstu, nastąpią momenty zachwytu nad zaskakująco obraną perspektywą opowieści o życiu w artystycznym otoczeniu, odzierającą je z całej wyretuszowanej, filmowej otoczki. Koniec mojego wykładu nastąpi dopiero, gdy zwalę sobie na głowę pudło z przyborami malarskimi podczas próby dosięgnięcia go.


Jeśli mimo tego tekstu dalej postrzegacie świat w kategoriach czerni - bieli, i nie ma w nim miejsca na żadne niedopowiedzenia, to z chęcią poznam wasz werdykt w sprawie mojej osoby. I, o ile nie macie nic przeciwko drobnym wtrąceniom ociekającym czarnym humorem i ironią, ani dymowi papierosowemu, to myślę, że ciągle mamy szansę się dogadać!



       -S.


Szatniarz - kompendium wiedzy o studentach 2017-12-08

Podczas każdego dnia pracy, czytania tej samej gazety po raz drugi, słuchania peplania radiowych redaktorów i smętnej muzyki oraz pomocy wykładowcom, którzy nie mogą znaleźć gabinetu, przychodzi moment przerw w zajęciach. To moment kiedy na kanapach 5 metrów ode mnie siada zbiór różnych osobowości o różnych poglądach i zainteresowaniach. Jedni rozmawiają o kolokwium z ekonomii, inni o promocjach w ''Biedrze'', kolejni zaczynają rozważania o obrzezaniu. Znajdą się też typowi hejterzy, którzy potrafią zrównać innego człowieka równo z posadzką.
Nie wiem, co myślą, gdy mówią mi ''Dzień dobry''. Ja wiem jedno, jestem skarbnicą tego, co oni myślą o wykładowcach, babkach z dziekanatu czy o swoich kolegach lub wrogach. Widząc niektórych studentów wiem, co wczoraj robili, jedli na kolację a nawet jakie choroby przechodzili w dzieciństwie.
Zanim zaczniecie rozważania przy kanapkach obejrzyjcie się w lewo, w prawo i upewnijcie się, że w bliskim otoczeniu nie ma szatniarza...




Odblask - tak niewiele, a tak wiele 2017-12-08

 


 



 Zima to trudny okres dla kierowców. Obniżona odporność idzie w parze z brakiem koncentracji. Nie pomagają utrudnienia drogowe ze strony robotników drogowych i warunki atmosferyczne. Jak wiadomo zimą dzień jest krótszy niż latem, wieczór przychodzi szybciej, a zmierzch często towarzyszy nam już od późnych godzin popołudniowych.Po zmierzchu widoczność na drodze jest utrudniona, do tego padający deszcz i nieoświetlone drogi to zmora każdego kierowcy. Szczególną uwagę należy zwrócić na innych uczestników ruchu drogowego, którzy też nie pomagają w bezpiecznym poruszaniu się po drogach. Brak odblasków u pieszych, czy oświetlenia u rowerzystów to odwieczny problem drogowy. Myślę, że wielu wie jak ważnym elementem na drodze są odblaski i światła w rowerze, mimo to ignoruje ich stosowanie, bo to ''obciach'' jeździć w kamizelce, czy nosić opaski odblaskowe. A kiedy dojdzie do zdarzenia drogowego z udziałem kierowcy i pieszego/rowerzysty, winnym będzie kierowca, bo nie zauważył podczas wieczornego powrotu do domu ubranego w czarne rzeczy pieszego na pasach, czy rowerzysty jadącego drogą bez oświetlenia. Warto zadać pytanie: Czy oni zrobili wszystko, żeby zostać zauważonym?.
Czy odpowiedzialność za bezpieczeństwo na drogach leży tylko po stronie kierowców?
Zanim wyjedziemy/wyjdziemy na drogę zastanówmy się, czy każdy z Nas zrobił wszystko, co możliwe, aby podróż była bezpieczna...


Jakiej muzyki warto słuchać, gdy jest się dojeżdżającym studentem? 2017-12-07

Pewnego dnia przeglądając YouTube, natrafiłam na pewną animację 16 letniej Polki o nicku szin. Animacja z piosenką nosiła tytuł Satisfied.
Link do animacji Satisfied: https://www.youtube.com/watch?v=7pR-PeeRYVc
Od razu zakochałam się w piosence i przejrzałam pozostałe animacje znajdujące się na kanale młodej Polki. Po czasie zagłębiłam się bardziej w temacie. Piosenki te pochodziły z musicalu pod tytułem ,,Alexander Hamilton". Jest to amerykański musical autorstwa Lin-Manueala Mirandy o życiu ojca założyciela Stanów Zjednoczonych, czyli właśnie Alexandra Hamiltona.



Musical zadebiutował na Off-Broadwayu 20 stycznia 2015 roku w Richard Rodgers Theatre. Po wrześniowym przeniesieniu się na Broadway musical otrzymał liczne pozytywne recenzje oraz odnotował bardzo wysokie wyniki sprzedaży biletów. Produkcja otrzymała rekordową liczbę 16 nominacji do nagród Tony, wygrywając 11. Spektakl jest laureatem nagrody Grammy za najlepszy album z muzyką teatralną.
Od pół roku bardzo często słucham tego musicalu. Korzystam z każdej wolnej chwili (zwłaszcza w pociągu, którym jadę od 1-2 godzin) by słuchać tych piosenek. Większość z nich jest bardzo energiczna i daje dużo pozytywnej energii, którą potrzebuję rano. Są również piosenki smutne, spokojne i melancholijne, które lubię słuchać w drodze powrotnej by się zrelaksować.
Sam musical trwa 2 i pół godziny. Sądzę, że każdy może zakochać się w Hamiltonie, ponieważ jest to bardzo nowoczesny musical stworzony głównie dla młodzieży. Mam nadzieję, że w przyszłości będę miała okazję wybrać się by obejrzeć spektakl na żywo. Póki co jestem przerażona ceną biletów. Najgorsze miejsca kosztują aż dwa tysiące złotych. Mimo to myślę, że naprawdę warto wybrać się na spektakl, ponieważ jest to doskonałe doświadczenie. Ludzie śmieją się, klaszczą, płaczą i śpiewają wspólnie z aktorami.



Podaję link z 10-minutowym klipem z tego musicalu, gdyby ktoś chciał sprawdzić jak to wygląda: https://www.youtube.com/watch?v=yvBYOBTkDRk


Dajcie znać, co o nim myślicie! :) Tymczasem pożegnam się z wami słowami z najpopularniejszej piosenki Hamiltona: ,, I'm Just like my country, I'm YOUNG, SCRAPPY AND HUNGRY!"

Monika Kowalska


wigilijny must have! 2017-12-06

Witajcie ponownie tu znowu Asia. Wasza refleksja na temat mojego ostatniego postu nieco mnie zaskoczyła. Nie spodziewałam się aż tylu pozytywnych słów. Obiecuję, że w dzisiejszym poście nie będzie tak pesymistycznie. Dzisiaj opowiem Wam o czymś przyjemnym, czymś co każdy z nas lubi Smile


Już niedługo wszyscy zasiądziecie do Wigilijnego stołu z tradycyjnymi pysznościami przygotowanymi razem z rodziną. Podam wam przepis na moją ulubioną bożonarodzeniową potrawę. Jestem łasuchem i uwielbiam wszystko co słodkie. Niektórym rodzinom często nie znane.. Wielkopolskie makiełki, makówki  lub jak kto woli kluski z makiem. Jest to bardzo bogata potrawa na tle innych na wigilijnym stole. Powiedzcie, u ilu z was jest to potrawa która gości obok karpia czy pierogów z kapustą i grzybami.


Przepis jest bardzo prosty i uchyla wielkie drzwi do zmian, wystarczy tylko poszperać w szafkach a na pewno znajdziemy w nich coś co idealnie pasuje do takiej słodkiej potrawy. Podam Wam mój przepis wg. którego możecie się wzorować aby znaleźć swój wyjątkowy. Podam Wam przepis na 6 porcji normalnych ludzi, które odpowiadają jednej mojej porcji, bo klusek z makiem nigdy dość! Laughing



 


Składniki:


Kluski:



  • 300 g mąki pszennej

  • 1/3 szklanki ciepłej wody

  • Jedno jajko

  • Łyżeczka proszku do pieczenia

  • Szczypta soli


Masa makowa:



  • 1 szklanka maku

  • 4 łyżki miodu

  • 3 łyżki rodzynek posiekanych

  • 3 łyżki orzechów włoskich posiekanych

  • 3 łyżki migdałów posiekanych

  • 2 łyżeczki kandyzowanej skórki pomarańczowej

  • Tutaj możecie zaszaleć dodając suszone owoce, daktyle, różne odmiany orzechów i wszystko co wg. Was będzie pasowało


Przygotowanie:



  1. Wymieszać składniki na ciasto i zagnieść na jednolitą i elastyczną masę, tak jak w przypadku ciasta do pierogów.  Rozwałkować ciasto na cienki płat, podsypując mąką, i zostawić do lekkiego przeschnięcia.

  2. W międzyczasie przygotować mak. Wypłukać i sparzyć wrzątkiem. Przepuścić trzykrotnie przez maszynkę. (Dla leniuchów producenci zrobili puszkę z masą makową, jednak ich skład przeraża)

  3. W rondelku rozpuścić miód, dodać mak i orzechy, rodzynki i skórkę pomarańczy. Smażyć przez kilka minut, cały czas mieszając.

  4. Ciasto pokroić na małe paseczki i gotować przez 4-5 minut w osolonym wrzątku. Odcedzić i wymieszać z masą makową.


 


I gotowe, teraz czas na spróbowanie i oczywiście po spróbowaniu powtórzyć czynności tuż przed wigilią Bożego Narodzenia.  Już teraz chciałabym Wam wszystkim życzyć wesołych i pogodnych świąt Bożego Narodzenia. Przepysznych potraw na Waszych wigilijnych stołach, oraz domu który wypełni się aromatem świerku, pomarańczy i goździków. Wesołych Świąt.


Przyjaźń damsko-męska. 2017-12-06





„Przyjaźń to bliskie, serdeczne stosunki z kimś oparte na wzajemnej życzliwości, szczerości, zaufaniu, możliwości liczenia na kogoś w każdej sytuacji (...).”
Przyjaźń dwóch kobiet czy dwóch mężczyzn wydaje się być czymś zupełnie naturalnym i nie wzbudza żadnych kontrowersji. Ale co z przyjaźnią między osobami różnej płci? Czy coś takiego jak przyjaźń damsko-męska może istnieć? Na całym świecie można znaleźć wielu przeciwników i zwolenników przyjaźni damsko-męskiej, do tej pory nie rozstrzygnięto jednoznacznie czy ma ona rację bytu. Kiedy zapytasz dziecka, czy chłopcy i dziewczynki mogą się przyjaźnić, odpowie: no pewnie, że tak! Większość powie, że nie jest to dobry przykład ze względu na ich wiek, że są za młodzi żeby to zrozumieć. Postaram się przedstawić swój punkt widzenia, jednak nie jestem w stanie rozwiązać zagadki której nie rozwiązała cała rzesza psychologów.

Moim zdaniem przyjaźń damsko-męska istnieje. Ten stereotyp, że przyjaźń między osobami różnej płci nie ma prawa bytu, prawdopodobnie wziął się stąd, że taka przyjaźń sprowadzana jest tylko do sfery seksualnej. Mimo wszystko kobiecie zawsze było łatwiej porozumieć się w grupie składającej się w większości z mężczyzn niż z kobiet i nie uważam aby jakiegokolwiek rodzaju podteksty miały na to wpływ. W przyjaźni chodzi o coś zupełnie innego. Przyjaźń opiera się na wzajemnym zaufaniu, na gwarancji, że ta druga osoba nie zostawi nas w potrzebie- to nie ma nic wspólnego z płcią. Oczywiście biorąc pod uwagę relację damsko-męskie, na początku trzeba sobie postawić jasne i jawne granice, taka relacja zawsze będzie miała inny charakter niż taka między osobami tej samej płci, ale zarazem może dużo wnieść do życia obu osób. Niektóre dziewczyny nie potrafią w ogóle rozmawiać z chłopakami. Mówią, że bardzo się stresują, nie wiedzą co powiedzieć, żeby nie wyjść na idiotkę. Moim zdaniem trzeba po prostu być sobą, być otwarta i nie bać się życia- to jest zwykła rozmowa, normalny człowiek.
Przyjaźń damsko-męska może się udać jeśli dobrze się do tego podchodzi. Na samym wstępie, wiesz, że nie możesz się zakochać w swoim przyjacielu, on też o tym wie. Staracie się, aby każde z was tego pilnowało. 
Zarówno panie jak i panowie w pewnym sensie korzystają z przyjaźni z osobami o odmiennej płci. Pozwala to poznać spojrzenie na różne kwestie z innej perspektywy, lepsze poznanie i większe zrozumienie płci przeciwnej, bo kto lepiej doradzi facetowi w sprawach sercowych niż przyjaciółka?


Nie wybieram przyjaciół poprzez ich płeć. Jestem szczęśliwa, że mam wspaniałych i przede wszystkim prawdziwych przyjaciół. Akceptują mnie taką jaka jestem- za to będę im wdzięczna do końca życia. Przy nich czuję, że mogę naprawdę wszystko, że jestem w stanie osiągnąć to, co chcę.
Doceniaj prawdziwą przyjaźń, tą fałszywą odstaw na bok i zadbaj o swoje szczęście.
W przyjaźni damsko-męskiej jest trochę trudniej, trzeba pamiętać, że to tylko i wyłącznie przyjaciel. Jeśli jest wolny trzeba postarać się, aby to nie potrwało długo. Robić wszystko to, co robi się w 'zwykłych' przyjaźniach, po prostu być.


Twoją przyjaźń wciągnęła czarna dziura? Rzuć babcią! 2017-12-06

Znacie taki moment w życiu każdego z nas, gdy droga dzielona z przyjaciółmi przestaje być czymś wspólnym? Teoretycznie mieszkamy w tej samej mieścinie rozmiarami przypominającej osiedlowe boisko, a jednak nasze kontakty od 6 lat ograniczają się do „musimy się spotkać całą ekipą, jak za starych dobrych lat.” Czasu nigdy nie ma, a opcje odmowy są liczne: Miałam egzamin. Musiałem pojechać po pieluszki dla synka. Ciężki dzień w pracy. Kryzys w związku. Kryzys w małżeństwie. Kryzys w życiu… I nagle staje się cud, spotkanie dochodzi do skutku!


Jasne, początek jest jeszcze bardziej niezręczny niż oglądanie odcinka Gry o tron w towarzystwie dziadków. O czym rozmawiać po tylu latach? O Puszczy Białowieskiej? O moich podejrzeniach dotyczących nominacji do Oscara królików z kampanii Ministerstwa Zdrowia? O tym, że kupiłeś sobie nowe majtki? Nie mam nic przeciwko tym tematom, ale spotkanie przyjaciół po tylu latach nie powinno opierać się tylko na small talks. Podejmuję więc dojrzałą decyzję o odgrywaniu nie całkiem beznadziejnej pani domu i... uciekam do kuchni po sosy do pizzy i szklanki do drinków.


Jak na razie przymało cudów w tej opowieści, więc jest i on!  M. oznajmia, że przywiózł wehikuł czasu, co przeniesie nas do przeszłości, gdy życie było beztroskie, sen- zbyteczny a papierosy- (w moim przypadku) waniliowe. Tak, M. przyniósł playstation i  znów staliśmy się nastolatkami zarywającymi nockę na grze w Mortal Kombat. Jeśli, tak jak ja, wchodzisz w kontakt z konsolą sporadycznie ze skłonnością do prawie nigdy, to zasady są proste:



  1. Gdy nie wiesz co robić, rzuć babcią!

  2. Gdy nie wiesz jak rzucić babcią, naciskaj wszystkie klawisze!

  3. W Mortalu nie ma miejsca na dobre wychowanie. Wszystkie chwyty, obraźliwe epitety, wulgaryzmy i reakcje dozwolone. (Choć rzucania pizzą w przyjaciela na obszarze własnej kanapy odradzam.)


Siedem godzin łamania każdej możliwej kości występującej w ciele człowieka i uszkadzania różnych organów w bardzo kreatywny sposób z przerwami na niezdrowe jedzenie lub papierosa i... nasza przyjaźń- zamrożona niczym Han Solo w karbonicie, odtajała. Czasami najprostsze, wręcz infantylne sposoby działają najlepiej. Więc gdy pojawi się jakiś problem, pamiętaj- finish him!


    -S.


Czy warto być dojeżdżającym studentem? Otóż nie! 2017-12-05

Postaram się to udowodnić na własnych doświadczeniach. Większość osób woli zostać na czas studiów w swoim rodzinnym domu niż szukać mieszkania na ten czas. Taką osobą jestem też ja, chociaż po tym okresie (1,5 roku) zmieniłam diametralnie zdanie. Do miasta, w którym studiuję mam godzinę pociągiem, po czym muszę złapać jeszcze autobus z pod centrum, bo inaczej dojście piechotą zajęło by mi kolejne pół godziny. Pewnie pomyślicie sobie: ,,Godzina to nie jest tak źle". Hm... Zależy JAKA godzina. Jeżdżąc dzięki naszemu kochanemu PKP po odcinku Kostrzyn-Gorzów Wielkopolski taka godzina zmienia się często w dwie godziny. Dlaczego? W Gorzowie Wielkopolskim trwa przebudowa i remont mostu, stacji kolejowej itp. Z tego właśnie powodu pociąg jedzie, a raczej czeka dłużej.


Pociąg, który powinien jechać dalej do Krzyża (lub bezpośrednio do Poznania) przyjeżdża do Gorzowa , po czym ludzie jadący dalej muszą wyjść przed stację, wsiąść do autobusu, który zawiezie ich na drugą stację i będą mogli jechać dalej (jechałam tak kiedyś i nie polecam, zbyt duży tłok, pośpiech i męczarnia). Kiedy autobus ten zawiezie ludzi na Teatralną, jedzie z powrotem z ludźmi jadącymi na Kostrzyn. Cała akcja potrafi trwać 40 minut, ponieważ w Gorzowie często bywają korki, a do ulicy Teatralnej jest kawałeczek. Wtedy mamy już wydłużenie jazdy o około 30/40 minut, bo różnie bywa. Następnie dojeżdżamy do Bogdańca i tam czekamy kolejne 20/30 minut, ponieważ pociąg, który jedzie na Gorzów jedzie tym samym torem, co pociąg wracający z Gorzowa i trzeba czekać by ten na Gorzów przepuścić. Łącznie jazda trwa 2 godziny lub czasami nawet ponad 2, a nie daj Boże by nastąpiła jeszcze awaria.


Drugim powodem, przez który nie warto jechać to same pociągi. Na zmianę jeżdżą wagony piętrowe i szynobusy. Te pierwsze nie są ogrzewane oraz posiadają nieszczelne okna, przez które wieje na człowieka przez całą drogę, a te drugie natomiast włączają klimatyzację z zimnym powietrzem kiedy ludzie potrzebują się ogrzać. Przykładem może być ostatnia moja sytuacja. Idąc na pociąg złapał mnie grad. Byłam cała biała, a co za tym idzie przemoczona od stóp do głów. Woda aż ze mnie kapała. Kiedy weszłam do pociągu miałam nadzieję, że się osuszę i ogrzeję, a co dostałam? Zimny podmuch powietrza. Przez cały dzień nie mogłam dojść do siebie. Pociąg powrotny oczywiście też nie grzał. Wróciłam do domu z przemoczonymi butami. Nawet człowiek o końskim zdrowiu prędzej czy później załapie jakąś grypę. Pociągi często też późno podjeżdżają, więc stanie w deszczu czy w śniegu przez pół godziny nie jest czymś sympatycznym. W pociągu jest też bardzo głośno, wiadomo dużo ludzi, ale najbardziej irytują mnie gimnazjaliści, którzy nie krzyczą, a drą się na cały pociąg. Miejsca w pociągu jest trzy razy mniej niż ludzi. Wracam do domu po takiej jeździe zmęczona, bez chęci do życia, zmarznięta.. Kiedy wchodzę do domu jest już bardzo późno, zanim zjem obiad, umyję się, to już nastaje czas na ponowne pójście spać. Nawet jeśli decyduję się na szybsze wychodzenie z zajęć to zaoszczędzam tylko z dwie godziny, więc tak naprawdę nie mam nawet zbytnio czasu dla siebie, czy dla znajomych. Z całego serca nie polecam być dojeżdżającym studentem. Jeżeli macie na ten temat jakieś opinie to chętnie o nich poczytam.


Buziaczki :*
Monika Kowalska


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]